Xani Zobacz większe

Xani

xani

Nowy produkt

36,00 zł brutto

95 Przedmioty

In stock

    Czy miotła to jedyny atrybut kobiecości?
    Czy magowie są wypaczeni?
    Czy normy społeczne powinny być zachowane czy przekraczane?
    Czy to, że nie masz władzy nad magią oznacza iż jej nie posiadasz?
    A czy to, że jesteś inny oznacza iż należy cię zabić?
    Dzięki przypadkowi, a może misternie obmyślonemu planowi młoda dziewczyna zostaje wplątana w bieg wydarzeń, które każą jej szukać rozwiązań, na które nie jest gotowa.
    Przyjaźń i śmiech, błyskotliwość i humor, życzliwość i zacofanie, intryga i zdrada, będą prowadzić do celu. Jakiego?
    Drogi czytelniku, droga czytelniczko, wejdź do jej świata i przekonaj się sam.


    Następnego dnia słońca wstały wcześnie, zapowiadając piękną pogodę. Xani z radością wybiegła z pokoju w kierunku kuchni. Podekscytowana i rozpromieniona szybko zapinała guziki sukienki i starała się ułożyć niesforne włosy. Zawsze lubiła wyjazdy na rynek, a w tym roku, ku jej ogromnej radości, to ona miała towarzyszyć i pomagać rodzicom podczas sprzedaży zbiorów. Prawda była taka, że dzieci i tak zawsze dostawały wolną rękę i mogły do woli podziwiać stragany i wystawy sklepów, podczas gdy rodzice zajmowali się handlem.
    Pośpiesznie połknęła śniadanie pod bacznym okiem matki i wybiegła na podwórze. Szponek nawet nie zareagował na ogólne zamieszanie i nadal leniwie drzemał na parapecie w promieniach porannych słońc. Podrapała go za uchem i pobiegła w stronę wozu. Usadowiła się z tyłu wraz z córką sąsiadów – gadatliwą do znudzenia i łatwowierną Barin. Zbiory jechały innym wozem, którym powoził jej ojciec. Pomimo tego, iż paplanina Barin dorównywało jedynie klekotowi kół na wyboistej drodze, Xani starała się, choć wyglądać na zainteresowaną, gdy mocno gestykulując jej współtowarzyszka opowiadała, czego się dowiedziała o wszystkim i wszystkich przez ostatnie dwa dni. Według Xani było tego strasznie dużo i niektóre nowinki wydawały się dość nieprawdopodobne, ale słuchała wszystkiego z wymuszoną uwagą i starała się to zapamiętać, gdyż podstawą każdej rozmowy między dorosłymi kobietami w Airy była, jak zdążyła już dawno zauważyć, wymiana tego typu aktualności.
    Był jeszcze jeden powód, dla którego jej współtowarzyszka nie ustawała w swoim monologu, bo faktycznie Xani po upływie połowy drogi udało się wtrącić dwa zdania, które brzmiały „Mhmmm” i „Naprawdę?”. Wszyscy wiedzieli, że Barin miała już narzeczonego i wkrótce miała wyjść za mąż. Na targ jechała w poszukiwaniu odpowiedniego materiału na suknię ślubną. Xani z wypiekami na twarzy chłonęła wszystkie szczegóły przygotowań: a to, że Barin musi schudnąć jeszcze pięć kilo, a to, że sukienka nie może jej pogrubiać i absolutnie odpadają odkryte plecy, a to, że jej narzeczony nie interesuje się zbytnio przygotowaniami i tym, jakie wstążki powinna wpiąć we włosy. Chciałabym być na jej miejscu – pomyślała Xani, czując mimowolne ukłucie zazdrości w sercu. Podobno narzeczony Barin był zamożny i po ślubie mieli zamieszkać w jego posiadłości, choć niewiele więcej było wiadomo. Nikt go nie widział, niektórzy wątpili nawet czy istnieje. Inni żartowali, że musi być potwornie szpetny skoro nie chce się nikomu w wiosce pokazać. Ale najbardziej niepokojącą wszystkich plotką był fakt, iż podobno był magiem.
     – Gdzie będziecie mieszkać? – zapytała, nie zastanawiając się nad tym zbyt wiele Xani.
    Barin zdziwiona przerwała swój monolog i popatrzyła na nią, jakby spostrzegła ją pierwszy raz od początku podróży.
    – Nie wiem dokładnie. On mówi, że to niespodzianka – odparła. – Moi rodzice uważają, że to takie romantyczne.
    I ze zdwojonym zapałem rozpoczęła na nowo swój wywód poczynając od tego, jak urządzi nową rezydencję, że będą mieć ośmioro dzieci i służącą i – raczej dziwne – pomyślała Xani i pozwoliła, by monolog jej towarzyszki rozpłynął się wśród terkotu kół i ogólnych odgłosów podróży. Po upływie czterech godzin dotarli do Kuran, portowego miasta–łącznika ze stałym lądem, w którym handel był głównym zajęciem, sportem i hobby niemalże wszystkich. Wystarczyło się zatrzymać przy czymkolwiek, a od razu pojawiał się chętny, który chciał ci to sprzedać po bardzo okazyjnej cenie.
     Po inspekcji strażników przejechali przez bramę miejską i udali się wybrukowaną ulicą w stronę położonego przy wschodnim murze rynku. Tam sprzedawano wszelkie płody rolne i rośliny, ale nie tyko. Znajdowali się tu również na przykład bartnicy i browarnicy – w tym Zaćmieniu przybyli nawet z egzotycznego Konarowego Miasta Sivyl –  ich płynne złoto cieszyło się niejednokrotnie większym powodzeniem niż wyroby jubilerskie.
    Zwierzęta hodowlane były przy zachodnim murze. Królowali tu głównie psiarze, kobylnicy, owczarze zawsze razem z gręplarzami, tam też z racji tego, iż było to miasto portowe, można było kupić świeże ryby i owoce morza, a obok nich u niewodnika można było nabyć sieci, jeśli taka potrzeba lub ochota się pojawiła.
    Południowy mur zarezerwowany był dla wszelkiego rodzaju rzemieślników – szewców, snycerzy, świecarzy, tkaczy, złotników. W tej części miasta mieścili się również kowale, płatnerze, szłomnicy i miecznicy – można by wymieniać w nieskończoność. Odgłosy ich pracy miarowo rozbrzmiewały wśród kupujących odbijane raz po raz od grubej ściany muru, nadając tej części miasta swoisty rytm, któremu nikt nie mógł się oprzeć i mimowolnie poddawał się melodii tego jedynego w swoim rodzaju tańca.
    Północna część – największa – zarezerwowana była dla sklepów i kramów wszelkiej maści: od biżuterii poczynając, poprzez tkaniny, egzotyczne zwierzęta, na księgach kończąc i wiele, wiele innych rzeczy. Unosiła się tu odurzająca woń kadzideł i perfum, która mieszała się z aromatycznym zapachem sklepów zielarskich. Klienci ze wszystkich stron kuszeni byli żywymi barwami, lśniącymi powierzchniami, zniewalającymi zapachami i słodkimi dźwiękami. Kakofonia barw, szelest tkanin i donośne krzyki sklepikarzy zachęcających kupujących do wstąpienia do ich sklepów obejmowały każdego kupującego w uścisk egzotyki i przepychu bez względu na to, czy mieli do wydania fortunę czy chcieli tylko nacieszyć oczy. Każdy był potencjalnym klientem, każdy zasługiwał na uwagę, z każdym można było się potargować, bo to była przyjemność sama w sobie. Był to cały rytuał rozpoczynający się niby niewinnym zainteresowaniem towarem, przechodzącym w wymianę zdań odnośnie pochodzenia, jakości czy ceny. Każdy chciał udowodnić swoje racje, przekonać drugą stronę i wyjść na swoje. Często targom towarzyszył poczęstunek, odświeżający napój i długie wymiany zdań połączone z dramatycznymi gestami i mimiką, których niejeden aktor by się nie powstydził. Na koniec każdy odchodził w swoją stronę, nabywca zadowolony z zakupionego towaru i tego, iż tyle udało mu się stargować; sprzedający – z wyuczoną miną zawiedzionego i oskubanego – kroczył ku swojemu sklepowi pewnym krokiem licząc w głowie sowity zysk.
    Xani wysiadła z wozu i popatrzyła z rozrzewnieniem na małego pieska, który spał pod murem, nieopodal straganu przeznaczonego dla jej rodziców. Natychmiast obok zwierzęcia pojawił się mały, szczerbaty chłopiec.
    – Chces kupic? Tylko pięc Cenów – zapytał z błyskiem w oku.
    – Nie dzięki – odparła z uśmiechem Xani, głaszcząc szczeniaka po brzuchu. – Może innym razem.
    – Jedyna taka okasja, jak mozes tego nie dostsegac?! – odparł ze szczerym zdziwieniem malec. Jednak widząc brak zainteresowania oczywistą ofertą dnia powrócił do swojego zajęcia – topienia kija w kałuży. Dziewczyna pomogła rodzicom rozłożyć kaliki na straganie. Gdy wszystko było gotowe na przybycie klientów matka pozwoliła jej oddalić się w stronę innych kramów. Nie trzeba jej było tego dwa razy powtarzać, z piskiem radości ruszyła czym prędzej ku targowisku.
    Nie wiedziała na ile wystarczy jej czasu, dlatego najpierw udała się w stronę swojej ulubionej północnej części miasta. Po drodze minęła kilka karczm, które rozmieszczone były pomiędzy każdą z handlowych dzielnic. Tu strudzeni wędrowcy, handlarze i klienci regenerowali swoje siły przy pożywnym posiłku i niejednokrotnie świeżo kupionym od browarnika piwie. Posiłek umilali im bardowie i magicy, bo Kuran było jedynym miejscem na wyspie Aran, gdzie można było spotkać również magów, choć nie było to takie proste, jak mogło się wydawać. Ze względu na to, iż dla przyjezdnych widok maga był często pierwszym kontaktem z żywą magią w ich życiu, egzaminy adeptów często odbywały się właśnie tutaj. Mieli oni za zadanie rozbawić, zainteresować, rzadziej przestraszyć swoją publiczność. Sukces i ocena zależne były od reakcji publiczności. Jednak magowie bardzo dokładnie wybierali swoją publiczność i używali czarów, które sprawiały, iż wyglądali jak zwykli sztukmistrze, żeby nie wzbudzać niepotrzebnego zainteresowania jeszcze zanim egzamin się zaczął. Dlatego wiele osób pomimo tego, iż było już wiele razy w Kuran, nie mogło się pochwalić, iż choć jednego z nich na pewno widziało.
    Z jednej z karczm nagle dobiegło głuche tąpnięcie, plaśnięcie i zaczęli z niej wybiegać w popłochu ludzie. Co tam się dzieje – pomyślała Xani, szybko mijając opustoszały budynek i ze zdziwieniem zakrywając nos przed słodkawo-duszącym zapachem obornika. Z karczmy wyłonił się sędziwy mag o dziwnych oczach ze złotymi źrenicami, z długą do kolan brodą ozdobioną w wielu miejscach pierścieniami wykonanymi z różnobarwnych metali. W ślad za nim przytruchtała jego uczennica. Dziewczynie nigdy do tej pory nie udało się zobaczyć prawdziwego maga z tak bliska, więc pomimo fetoru zatrzymała się za rogiem budynku i wyjrzała, by się przyjrzeć.
    – Doskonale moja droga, doskonale – powiedział mag poklepując dziewczynę po ramieniu. – Takiego nawozu nie powstydziłby się żaden rolnik. Doskonała konsystencja, właściwy zapach, dobra reakcja otoczenia, może trochę przesadziłaś z ilością, ale to jest do dopracowania. Wyrosłaś na wspaniałą Maginię Pożyteczności i Pracy. Otrzymujesz najwyższy brązowy kryształ.
    Zadowolona dziewczyna jednym pstryknięciem palców usunęła swoje dzieło pozostawiając karczmarza z bliżej niezidentyfikowaną miną w jego opustoszałej karczmie. Drżącymi z przejęcia rękoma wzięła od nauczyciela kryształ. Ten podskoczył, rozbłysnął i po chwili pojawił się na dłoni dziewczyny, jako miedziana brosza w kształcie wieńca z kłosów zbóż z osadzonym w centralnym punkcie tym właśnie kryształem. Umiejscowiła go na piersi i podniosła triumfalne spojrzenie na swojego mistrza, który ciepło się do niej uśmiechał. Na jego nadgarstku widniał podobny kamień tyle, że ten umiejscowiony był w ramie bransolety. Wzrok świeżo upieczonej magini skupił się na podglądającej ich zza rogu Xani i posłała jej promienny, triumfalny uśmiech jednocześnie wskazując palcem na broszę. Dziewczyna zdała sobie sprawę, że gapi się na nich oboje z szeroko otwartymi oczyma. Zrobiło jej się gorąco, zarumieniła się, szybko odwróciła wzrok i pośpiesznie zaczęła iść dalej.
    To, czego świadkiem była przed chwilą było nieprawdopodobne. Kręcąc z niedowierzaniem głową Xani oddaliła się we wcześniej ustalonym kierunku. Z poczuciem winy zdała sobie sprawę, że chciałaby władać choćby taką magią. A przecież nie powinna tak myśleć. Ojciec zawsze chwalił ją za to, że nie przejawiała zdolności magicznych. Że była normalna. Ale ciekawe czy nie uznałby czegoś takiego za pożyteczne na ich farmie. I co tak naprawdę oznaczało słowo „normalna”? Wydawało się, że dla każdego może mieć inne znaczenie. Dla jej ojca oznaczało standardowego E’olh nie władającego magią, dla jej matki oznaczało osobę obdarzoną mocą, a dla niej, cóż... Ten mag i jego uczennica nie wydawali się „nienormalni”. Po prostu uśmiechnięta i szczęśliwa dziewczyna ze swoim sędziwym nauczycielem. Obracała ich obraz w głowie na wszystkie możliwe strony, podobnie jak paciorki korali, które miała na szyi – zawsze tak robiła w zadumie. Ale oprócz tego, iż najwyraźniej władali magią nie było w nich nic więcej, co można by nazwać choćby odchyleniem od normy, anomalią, spaczeniem. Te słowa najczęściej słyszała, gdy ludzie w jej wiosce mówili o władających magią. Jakby mieli oni jakieś wyraźne szpecące znaki na ciele, bruzdy na czole, demoniczne kły, no przynajmniej tak ona to sobie wyobrażała. A tu proszę, nic z tych rzeczy.
    Jej rozmyślania przerwał harmider za jej plecami. Chciała się odwrócić, żeby sprawdzić, co się dzieje, ale poczuła mocne uderzenie w ramię, które poderwało jej rękę. I pośród rozpadających się korali, kątem oka, zobaczyła jedynie czarną sylwetkę, która w pełnym biegu minęła pobliski zaułek. Xani schyliła się, żeby pozbierać korale i je naprawić. Nie pierwszy i nie ostatni raz – pomyślała, gdy dobiegły ją odgłosy pościgu i pobrzękiwanie zbroi. Odskoczyła szybko na bok, ale nie zdążyła pozbierać rozsypanych korali. Po chwili patrzyła jak jeden za drugim strażnicy padali na ziemię po tym jak okrągłe kulki wytrącały im równowagę spod stóp. Jeśli któremuś udało się uniknąć zdradliwej owalnej bryły powalali go jego towarzysze, którzy mieli mniej szczęścia. Pośród siarczystych przekleństw, łomotu zbroi i zadartych do góry nóg strażników Xani oddaliła się pośpiesznym krokiem w stronę straganów.
    Na szczęście miecze mieli pochowane – pomyślała z ulgą dziewczyna. Gdyby było inaczej koniec mógłby być o wiele mniej śmieszny i o wiele bardziej tragiczny. Ale na wspomnienie całej masy zakutych w rynsztunek zbrojnych leżących na ziemi z wystrzelonymi w górę wszelkimi kończynami ogarnął ją pusty, serdeczny śmiech. Szybko zakryła usta ręką, bo przechodnie zaczynali jej rzucać zdumione i pytające spojrzenia. Rozejrzała się. Bez wątpienia była już w północnej części miasta, świadczyły o tym liczne sklepy, kramy, tłumy potencjalnych klientów, gapie, ale ta część była jakby spokojniejsza od tej północnej części muru, którą do tej pory znała. Zachęcające krzyki straganiarzy rozbrzmiewały znacznie rzadziej, a kupujący, choć były ich całe masy wydawali się dobrze wiedzieć, po co i gdzie pójść. Ze zdziwieniem spostrzegła, że ludzie się tu mniej targowali. Brali to, co im się podobało, obracali w palcach, przyglądali się temu, wąchali, słuchali, ale potem padała cena i towar był zakupiony. Czasem nawet cena nie padała, po prostu patrzyli na siebie, wymieniali pieniądze i to było wszystko. Jej uwagę przykuło stoisko ze smokotami. Już miała tam podejść, gdy poczuła, że ktoś delikatnie łapie ją za ramię.
    – Panienko – był to sędziwy starzec wsparty na powyginanym kosturze koloru hebanu. – Czy nie zainteresowałby cię wykwintny towar z odległych i egzotycznych miejsc? – zapytał.
    I zaskakująco zgrabnym gestem dłoni pokazał jej leżące przed nim zwoje, księgi i pergaminy.
    – Niezwykłe – wyszeptała Xani wyciągając ku nim rękę i pochylając się, by lepiej je zobaczyć. Zawsze lubiła książki, zwoje, pergaminy czy papeterie. Mimo, iż nie miała właściwie do kogo pisywać listów kupowała je dla samej chęci posiadania i cieszenia nimi oczu. Miała ich całkiem sporo poukładanych w swoich kufrach, były tam zwykłe kartki, ale i jedyne w swoim rodzaju, wykonane z przeróżnych surowców papiery czerpane, które udało jej się niekiedy wypatrzeć i oczywiście mogła sobie na nie pozwolić. Ale faktura pergaminów, które wskazał jej starzec była zupełnie inna od tego, co do tej pory widziała. Już miała dotknąć tego, który leżał najbliżej, ale cofnęła dłoń patrząc przepraszająco na mężczyznę.
    – Możesz ich dotknąć, nic im się od tego nie stanie – powiedział widząc wahanie dziewczyny. – Te tutaj pochodzą z Kamiennego Miasta Vesa-Bur położonego na zachodnim krańcu wyspy. Wykonuje się je krusząc kamień na drobny pył i prasując go przy użyciu zaklęć, aż do uzyskania faktury pergaminu. Każde Kamienne Miasto dodaje do kruszywa pył z minerałów, które można znaleźć tylko w ich jaskiniach, ten tutaj ma dodane drobiny srebra. Widzisz jak lśnią w blasku dnia?
    – To niemożliwe – powiedziała Xani patrząc powątpiewająco na starca i na papier. – Nie da się zrobić pergaminu ze skały.
    – Oczywiście, że się da. Wszystko zależy od magii i tego, który nią włada. Sama magia jest nieograniczona, niezrozumiała i niepoddająca się analizie, jej wręcz nie wolno racjonalnie tłumaczyć, bo wtedy straci swój magiczny element – starzec zmienił teraz ton na właściwy nauczycielowi i zaczął się przechadzać w tą i z powrotem za stołem swojego kramu. –Można się uczyć umiejętności z nią związanych, doskonalić je, ale samego jej działania nie da się wyjaśnić. Tylko od talentu osoby zależy, czego jest w stanie przy jej pomocy dokonać. Każda z ras naszej krainy posiada magię właściwą sobie, oprócz tej, którą nazywamy powszechną, czyli najczęściej występującą. Dlatego też są w stanie wytwarzać pergamin z surowców im najlepiej dostępnych.
    Xani chłonęła każde słowo jak dziecko, które słucha niezwykle ciekawej bajki. Przed oczami jej umysłu zaczął się otwierać nieznany świat, o którym nic nie wiedziała. Tak wiele można było się o nim i z niego dowiedzieć. Jej umysł łaknął tej wiedzy, chciała dowiedzieć się wszystkiego, co tylko można było poznać. Po raz pierwszy w życiu Xani nieskrępowana niczyimi napomnieniami i zasadami zapragnęła czegoś.
    – Nic nie wiem o tych rasach – popatrzyła zakłopotana na starca.
    – Już wyjaśniam – odparł mędrzec, nadal się przechadzając. Jednak jego krok zwolnił jakby i stał się bardziej miarowy. Rzucił na dziewczynę jedno ukradkowe spojrzenie i delikatnie uśmiechnął się do siebie, nie przerywając wywodu. Palce jego dłoni splecione za plecami poruszały się miarowo.
      – Mamy kilka głównych ras zamieszkujących znane nam terytoria, są to… – w tym momencie jego dłonie zastygły, a on gwałtownie zatrzymał się w miejscu i wbił wzrok w Xani. Dziewczyna nie odwróciła głowy i wytrzymała to przenikliwe spojrzenie turkusowych oczu. Nie czuła się tym skrępowana, wręcz przeciwnie, rozluźniła się i pozwoliła, by wzrok ten spojrzał w głąb jej łaknącego wiedzy umysłu, jak źdźbło trawy wychylające się do słońca. Przez moment poczuła delikatne muśnięcie wiatru na twarzy, subtelny powiew oplótł ją całą przelatując pomiędzy palcami jej dłoni, wzdłuż nóg aż do samej ziemi. Nie widziała już turkusowych oczu, zanurzyła się w nich jak w bezkresnym oceanie. Poczuła się lekko, jej umysł wolny od jakichkolwiek kajdan otworzył się na otaczający go świat i chłonął go łapczywie i zachłannie. I nagle wszystko ucichło. Xani zamrugała. Starzec nadal stał przed nią, ale jego spojrzenie nie było już tak intensywne. Wziął dziewczynę za rękę i obrócił ją w stronę innych straganów. Wszyscy dookoła nagle stali się bardziej przystępni, cała ulica tętniła życiem i gwarem.
    – Chyba nie sądzisz, że tyle za to dam – powiedział mag spoglądając na sprzedawcę. – Jest przeciętnej jakości, wart co najwyżej100 Cenów.
    – Mamo, chcę tego czarnego! – oświadczyło dziecko ciągnąc stojącą kobietę za suknię i wbijając w nią błagalne spojrzenie.
    – Oczywiście kochanie, przecież ci obiecałam – kobieta uśmiechnęła się do ciągnącego ją za szatę chłopca.
    – Co to ma znaczyć? – dziewczyna gapiła się na nich wszystkich z szeroko otwartymi ustami.
    – Czy byłaś ostatnio w Angagei, Lasaro? – naprzeciwko siebie stały dwie kobiety.
    – Tak, musiałam odwiedzić ich...
    – To niewiarygodne! – odwróciła się w drugą stronę i zanurzyła w zgiełk.
    – Panie gwarantuję, że jak zawsze są najwyższej...
    – Czy znalazłeś te księgi? Potrzebuję ich na jutro…
    – Tato, a może jednak pójdziemy tam, wyglądają na świeższe.
    – No nie wiem Alie, mam już rękawice do magii ognia, po co mi...
    Ktoś położył jej rękę na ramieniu, ten drobny gest przywrócił ją do teraźniejszości.
    – Panienko? – obok niej stał starzec, jego oczy były teraz skupione na Xani, której twarz na przemian bladła i oblewała się purpurą.
    – Jak ty to…? Oni przecież… – zacinała się nie mogąc znaleźć słów. – Co mi zrobiłeś?
    – Nie mam pojęcia, o czym mówisz. Ja nie zrobiłem nic – odparł posyłając jej szeroki, nieco bezzębny uśmiech. Xani popatrzyła na niego ze zdziwieniem, niemalże urażona, to nie była najlepsza pora na żarty. Ale starzec był śmiertelnie poważny, gdy dodał:
    – Nie próbuj tego racjonalnie tłumaczyć, to magia. Po prostu jest i przepływa przez niektórych z nas w taki, czy inny sposób. Pamiętaj o tym – po czym odwrócił się i poszedł zająć miejsce za swoim kramem gdzie pojawił się potencjalny klient.
    Xani ruszyła nieco niepewnym krokiem w stronę innych straganów. Kłóciły się w niej teraz dwie osoby, jedna wiedziała, że nie powinna tu być, że było to nienaturalne i niewłaściwe. Druga natomiast chciała biec od kramu do kramu podziwiając rzeczy tam oferowane, dotykać ich, wąchać i słuchać. Uczyć się z nich o odległych miejscach i rasach. Koniec końców znalazła złoty środek, nacieszyła oczy towarami tu oferowanymi i tak w większości nie mogła sobie na nie pozwolić, a w drodze powrotnej, żeby uspokoić sumienie, kupiła miotłę – nieodzowny atrybut każdej szanującej się w Airy kobiety.
    – Ojciec na pewno pochwali ten zakup – pomyślała i biegiem ruszyła w kierunku wschodniej części miasta, gdzie już na pewno czekali na nią zniecierpliwieni rodzice.
    Ostatnie słońce chyliło się ku zachodowi. Nagle ktoś chwycił ją za rękę i pociągnął w kierunku pobliskiego zaułku. Dziewczyna zaczęła się szamotać, ale została przyparta do muru. Już miała zacząć krzyczeć, gdy usta zamknęła jej odziana w skórzaną rękawicę ręka. Przerażonymi oczyma popatrzyła na oprawcę. Stała przed nią postać ubrana w długi do kostek, czarny, zakapturzony płaszcz. Tkanina opadała lekko połyskując i okrywając stojącą przed nią postać niemal całkowicie. Naokoło kaptura widać było niewielki czarny haft, podobnie na lamówce płaszcza. Nie zwalniając uścisku z jej ust postać sięgnęła do wnętrza płaszcza. Oczy dziewczyny otworzyły się w bezdźwięcznym przerażeniu. Panicznie próbowała się wyszarpnąć, ale pomimo tego, iż jedyną ręką, która teraz ją trzymała była tą na ustach, nie mogła tego zrobić. Stojąca przed nią postać wyjęła korale. Jej korale! Uścisk na ustach zelżał, Xani zastanawiała się czy nie uciec póki mogła, ale ku swojemu przerażeniu stwierdziła, że ciekawość wzięła nad nią górę. Ręka z koralami wyciągnięta była w jej stronę. Xani przyjrzała im się. To były jej korale! Jakimś sposobem znowu całe i nietknięte. Na delikatnym sznureczku miały przyczepioną kartkę z pergaminu o niezwykłej fakturze płatków fiołka. Wzięła je do ręki. Czarna postać ukłoniła się nisko. Xani odwzajemniła ukłon. Gdy podniosła oczy czarna postać nadal tam była. Przez chwilę jakby wpatrywała się w nią chcąc ją zapamiętać. Później bezszelestnym krokiem oddaliła się w kierunku najbliższej ulicy.
    Xani popatrzyła na korale i kartkę. Była pusta. Obejrzała ją z każdej strony – nic. Wzruszyła ramionami i odczepiła ją. Zauważyła, że tam gdzie była przyczepiona znajdowała się bryła, której nie miała wcześniej na sznurze. Przyjrzała jej się bliżej. Wielkością i kolorem dopasowana była do innych korali, ale gdy jej dotknęła zaczęła się mienić jakby krążyły w niej ziarna piasku. Układały się w różne kształty, wirowały, rozsypywały. W końcu ten figlarny taniec pozwolił im się wydostać z koralika. Płynąc i pląsając ułożyły się na kartce z lekka szeleszcząc i wzbijając w powietrze ulotny zapach fiołków. Xani poczuła coś, jakby delikatne muśnięcie zefiru na policzku. Popatrzyła na kartkę.
    „Dziękuję”

    Ilość stron 317